To nie jest Czas na starość

Czytałam, czas temu, artykuł o szczęśliwych i długowiecznych ludziach zamieszkujących Okinawę (Japonia). Nie pamiętam czy był to artykuł zamieszczony w National Geographic, Wysokich obcasach, czy może Polityce. Niemniej, charakterystyczną rzeczą na jaką zwróciłam uwagę był fakt, że ludzi ci czuli się potrzebni; byli zintegrowani we własnym środowisku. Utrzymywali przyjaźnie trwające często od przedszkola. Stulatkowie byli po prostu aktywni. Posiłki spożywali zgodnie z zasadą Hara Hachi Bu (kończymy jeść zanim poczujemy się syci) i były one proste tj. oparte na lokalnych zasobach. Nauczono ich również, by każdego dnia wypełniać swoje obowiązki najlepiej, jak to tylko możliwe. Super, prawda?

Patrząc wstecz, na życie mojej babci, która dożyła 96 lat – tak, zdecydowanie była pozbawiona głębszych trosk. Utrzymywała poprawne stosunki sąsiedzkie, kultywowała koleżeńskie spotkania. Czego jej brakowało? Z pewnością miejsc, w których można czuć naturę. Mieszkając w bloku, dysponowała wyłącznie maciupkim balkonikiem, który nie zapewniał przytulności i zdecydowanie nie stanowił namiastki natury, zieleni. Być może babcia nie umiała go ani zaadoptować, ani pokochać. Spacery w miejskim parku, po przekroczeniu 90-ki pozostały dla niej nieosiągalne. Przestrzeń pod blokiem zaanektowały dzieci i dresowa młodzież.Smutne, bo przecież Miasto (pisane z premedytacją przez duże M) powinno stwarzać takie warunki, by każda grupa wiekowa mogła i chciała z jego przestrzeni korzystać. Tak, jak jest to np. na południu Europy. Zajrzyjmy tam, ok?

Pokażę pewne miasteczko i jego wąskie uliczki, w zasadzie niesprzyjające niczemu. A jednak.
Złapanych w obiektyw chwil, właściwie wcale nie szukałam. Po prostu rzucały się w oczy. I były typowe.

 

 

Czego więc na nam Polakom brakuje? Bo przecież nie przestrzeni wielkich miast. W mieście moich rodziców np. starzy ludzie przesiadują w oknach wyłożonych wielkimi poduszkami; z nudów spoglądając na życie toczące się na ulicy. Nie wychodzą przed blok, na ławeczkę, do parku. Parku zresztą nawet w pobliżu nie ma. Chodzą do kościoła, lecz nawet tam nie ma skrawka zieleni, przyjaźnie zaadaptowanego kącika gdzie można by przycupnąć i porozmawiać. Chodzą na cmentarze, bo tam mają własną – przygrobową ławeczkę. Nierzadko pod wielkim drzewem, które zapewnia w upalne dni tak potrzebny cień i kontakt z naturą!

 

Kurcze i nikt nie chce tego zmieniać! Jakie to w gruncie rzeczy przygnębiające.

 

 

Dodaj komentarz