Śledzie, Makłowicz i …słoik

Po podróży do Sztokholmu pozostały wspomnienia i liczne fotki. I jak to zwykle u mnie bywa, nie zdołałam znaleźć chwili, aby napisać coś więcej. Do dziś.

No właśnie, a wszystko zaczęło się od słoika.

Będąc w Szwecjo objadaliśmy się nieznanymi w Polsce smakami.
Bo czyż znane jest komuś połączenie np. śledzi ze skórką pomarańczową i ziarnami ziela angielskiego w lekko słodkiej zalewie? Albo w zalewie z cynamonem? Raczej nie. Skupiliśmy się więc na kosztowaniu tych nieznanych i zaskakujących połączeń. Z całkiem pozytywną dla nas samych reakcją typu „dziwne … ale smaczne”
Kilka słoików śledzi przypłynęło z nami do domu. Te mniejsze – po spożytkowaniu – pomyłam, aby później wykorzystywać do bełtania śmietany. Zmywarka, jak zwykle, pięknie poradziła sobie z resztami śledziowego zapachu, nie zdołała jednak zmyć kolorowych naklejek. Na szczęście. Ilekroć biorę do ręki słoik, aby zabielić zupę śmietaną – w pamięci odżywa smak niezwykłych połączeń.
 Tu – pomarańczowa skórka i ziele angielskie.
Poniżej inna kompozycja – i  zagadka jaka? Podpowiedzi udziela nakrętka 😉 Może ktoś się pokusi o udzielenie odpowiedzi.

Nieszczęściem, szwedzkie jedzenie kojarzy się wszystkim z Ikeą i nieśmiertelnymi klopsikami mięsnymi (Kotbullar), które serwowane są z ziemniaczanym pure, sosem oraz równie popularnym dżemem z borówki.
Można narzekać, ze nie wiadomo co w mięsie jest,  dlatego niezdrowe, nieekologiczne, i że w ogóle mięsne, a przecież świat zmierza w kierunku wegetarianizmu.Ja odpowiem tak: te mięsne klopsiki wielkości włoskiego orzecha będą na pewno ciekawą alternatywą dla naszych mielonych, sos z borówek słodkością  skusi niejednego niejadka, a ziemniaczane pure to żelazny kanon polskich zestawów obiadowych. Dlaczego więc narzekamy? Jeśli klopsiki zrobimy sami – na własnoręcznie zmielonym mięsku, z dodatkiem świeżej natki, szczyptą np. kolendry, żółtka – będzie to najbardziej ekologiczne i zdrowe jedzenie pod słońcem. A narzekamy, bo taka już nasza –  polska –  natura.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej? No niekoniecznie. Dlatego przemycajmy nieznane nam, ale przecież przez innych odkryte, połączenia. Gdy za oknem plucha i słota albo przenikliwy ziąb, rzućmy od czasu do czasu na talerz naszym dzieciom, mężom, wreszcie samym sobie „łychę” krwistoczerwonego dżemu z zatopionymi kulkami borówek.
Jak powiedział Pan Makłowicz – słodkie dżemy (z których także słyną Szwedzi) to jeden ze sposobów na radzenie sobie z depresją spowodowaną brakiem słońca.

Dzisiaj za oknem zrobiło się szaro, jesiennie i deszczowo. A przecież wciąż mamy letnie wakacje.
Dlatego, już tęskniąc za słońem, polecam Wam ikeowy zestaw obiadowy: klopsiki z ziemniaczanym pure i borówką.

Klopsiki:
Suchą bułkę namoczyć w przegotowanej, letniej wodzie. Wołowinę (lub inne dowolne mięso) dokładnie umyć, pokroić i zmielić. Wymieszać mięso z posiekaną cukrową cebulką, łyżką posiekanej zielonej pietruszki, odrobiną soli i pieprzu, wreszcie odsączoną bułką. Całość raz jeszcze zmielić. Dodać 2 żółtka. Zmiksować, aż osiągnie kremową konsystencję. Zwilżonymi w zimnej wodzie rękami formować malutkie kulki wielkości orzecha włoskiego. Surowe klopsiki gotować w osolonej wodzie około 6 minut. Ugotowane mięsne kulki można skropić olejem (u mnie olej z pestek winogron) i opiec w piekarniku – z wykorzystaniem funkcji ‚grill’ lub podpiec na patelni – wykorzystując reszki tłuszczu do zrobienia sosu.

Dodaj komentarz