Nie lubię mięsa

Nie lubię mięsa. Podświadomie. 
Nie – nie jestem wegetarianka. Niemniej, z dostępnych dań od zawsze wybierałam te bezmięsne. Czy to na stołówce szkolnej, czy akademickiej, czy obecnie – pracowniczej. Zresztą, mięsnych potraw na moim blogu jak na lekarstwo i szczerze przyznaję – nie czuję się w nich za dobrze. Ale mam w domu mięsożernego małżonka i mięsożernego syna i dlatego, chcąc nie chcąc, dla nich mięsiwa gotuję.  
Od jednego postanowienia natomiast nie odeszłam
 – nie kupuję !
i nie jem (tu: chyba, że nieświadomie) 
mięsa zwierzęcych dzieci.

Nie dla cielęcinki i jagnięcinki. 
Nie dla morderczych = kulinarnych procederów, które uprawomocniają zabijanie zwierzęcych dzieci.
O jajkach „zerówkach” pisałam już wcześniej.
Nadal nie usunęłam hasła kampanii Nie kupuj okrucieństwa i ikonki jajka pełnego krwi.
Mimo, że link od dawna nie działa. A szkoda.
Bo może ktoś – z ciekawości – doszedłby tam, gdzie ja.
 Nie kupuję jaj z numerem 3 , 2 a nawet 1!, bo to po prostu nieludzkie.
Tak samo nieludzkim wydaje mi się zabijanie malutkich cielątek, jagniątek, koźlątek.
Ja wiem – to tylko kropla w morzu zła, które zwierzętom wyrządzamy.
Ale od czegoś trzeba zacząć.

Oglądałam kiedyś bardzo ciekawy reportaż z Francji, gdzie wraca moda na kupowanie zdrowych produktów zwierzęcych. Mięso z ekologicznych hodowli, sprzedawane objazdowo – prosto z wozu, najczęściej przez samego hodowcę lub kogoś z nim zaprzyjaźnionego.
Świeże, zdrowe, bez chemii.

Można? Można. Niestety po przejściu do wyższego stanu świadomości.
Zróbmy prosty test: wklepię w google zapytanie „warszawa+zdrowe mięso”

O! jest.  Jeden ciekawy link
Niestety – wystarczy wczytać się głębiej – sklep zamknięto. Właściciele postanowili nie sprzedawać więcej mięs, bo mimo dobrej hodowli, zabijanie zwierząt nie było humanitarne.
Kurcze, chciałabym korzystać z dobrych produktów. Nie mam rodziny na wsi, ani zaprzyjaźnionych rolników.  I nie mam nawet dobrego sklepu, gdzie mogłabym takie mięso kupować.
Mam niedaleko pewien ekologiczny market (dziwnie brzmi prawda?).
I mam też dziwne uczucie, że jednak nie wszystko jest tam „ekologiczne”.
Bo na większości produktów przeważają niemieckie etykiety z polskim tłumaczeniem.
Bo półki aż uginają się od dobra wszelakiego. Więc jak to się dzieje nie suszone, nie pasteryzowane i cudem może się nie psuć? Zamknięte w puszkach, plastikach, próżniowo. Jakoś tak intuicyjnie z ekologia mi się to nie kojarzy…

Ale… każdy jest kowalem własnego losu.

Dodaj komentarz